„Prokurator” Paulina Świst

„Prokurator”
Paulina Świst
Wyd. Muza, 2017

„Prokurator” Pauliny Świst to jeden z najgorętszych debiutów tego lata. Dawno już żadna książka mnie tak nie zaskoczyła. Pozytywnie. Zaskoczenie jest tym większe, że powieść ta jest debiutem ukrywającej się pod pseudonimem autorki.

– Poleć mi jakiś kryminał, ale taki, żeby było dużo przemocy i seksu – zagadał do mnie na facebooku znajomy.  Gdybym wówczas znała „Prokuratora” – bez wahania wskazałabym mu właśnie tę książkę. Przemocy może nie ma tu zbyt wiele, za to seks i owszem. Czy dużo?  To zależy. Jak na kryminał czy powieść obyczajową – dużo. Jak na erotyk – niewiele. Jak dla mnie –  w sam raz. Autorka nie bawi się w ogólniki i eufemizmy – seks jest seksem a instynkt – instynktem. Pomimo, że scenom erotycznym daleko do pruderii, udało się autorce nie przekroczyć granicy dobrego smaku. Zdaję sobie sprawę, że wielu czytelnikom może przeszkadzać wulgarne  słownictwo – to nie jest grzeczna książka… Jednak użycie takiej ilości wulgaryzmów uważam w tym przypadku za uzasadnione.  Brutalny  język, jakim posługują się główni bohaterowie dodaje powieści  realizmu i autentyczności. Tak, ludzie też w taki sposób rozmawiają! I to nie tylko przestępcy ale również prawnicy.

Bohaterami powieści są Kinga i Łukasz. Spotykają się w klubie, zaliczają szybki numerek, po którym mają się już nigdy nie zobaczyć. Pech jednak chce, że się spotykają – i to w dość niecodziennych okolicznościach, na sali sądowej. Ona jest obrońcą a on – prokuratorem. Stają po przeciwnych stronach barykady. Jak się jednak okazuje – nie na długo. Akcja pełna jest zaskakujących zwrotów, tu nie ma miejsca na nudę. Fabuła toczy się wartko,  jak w dobrym filmie sensacyjnym. Wątek romansowy biegnie dokładnie w takim samym tempie. Nie ma tu ckliwych scen miłości – jest chemia, która pcha bohaterów ku sobie. Wielbicielki romantycznego przedstawienia związków między dwojgiem ludzi będą zawiedzione – a nawet mogą poczuć się zniesmaczone. Tu nie ma romantycznych uniesień – tu jest chuć i pierwotne instynkty.

Wątek kryminalny nie jest w powieści  mistrzostwem świata – ale chyba nie miał być. Jest on tłem do pokazania tego pełnego temperamentu romansu. Dlatego jeśli liczycie na kryminał – wybierzcie  inną książkę. Jeśli zaś chcecie przeczytać wartką, wciągającą powieść  z wątkiem erotycznym  i nie przeszkadzają wam wulgaryzmy – polecam „Prokuratora”. Na pewno się nie zawiedziecie.

„Niebo pod Śnieżką” Joanna Sykat

“Niebo pod Śnieżką”
Joanna Sykat
wyd. Replika, 2017

Tu kupisz książkę z 25% rabatem

Sięgając po tę książkę miałam nadzieję na przyjemną opowieść, dobrze napisaną i niejednoznaczną. Nie zawiodłam się  – “Niebo pod Śnieżką” to świetnie napisana powieść obyczajowa. Mamy tu wyrazistych bohaterów, tajemnicę z przeszłości i miłość, która okazuje się silniejsza niż upływający czas.

Kinga, bohaterka “Nieba pod Śnieżką” ma prawie czterdzieści lat, za sobą kilka trudnych doświadczeń – zakończone rozwodem małżeństwo, śmierć ojca i mamę w szpitalu dla nerwowo chorych. Matkę, z którą łączy ją dość trudna relacja. Kinga nie ma pojęcia, że ta kategoryczna, pozbawiona radości życia kobieta była kiedyś szczęśliwa i potrafiła cieszyć się życiem. Do czasu, kiedy wśród rodzinnych pamiątek odkrywa stare zdjęcie, na którym jej matka promienieje szczęściem. Co stało się później, że ta radosna dziewczyna ze zdjęcia stała się zgorzkniałą kobietą. Dlaczego przez całe życie nienawidziła fiołków, obsesyjnie pozbywając się ich z otoczenia? Przecież na zdjęciu ma na sobie bluzkę z fiołkiem. Kinga postanawia rozwikłać tajemnicę z przeszłości i zaczyna prywatne śledztwo. Ślady prowadzą ją do Kowar, małego miasteczka u stóp Karkonoszy. Okazuje się, że kiedyś już tutaj była…

Lubię, kiedy pisarz używa słów zgodnie z przeznaczeniem, nie nadużywając ich i nie dając im zdominować treści. Sykat to potrafi. Tu nie ma zbędnych opisów, tu nie ma karkołomnych konstrukcji zdaniowych – jest prosto, przejrzyście i ze smakiem.

Autorka nie szczędzi nam w powieści emocji. Umiejętnie prowadzi wątek fabularny, prowadząc nas razem ze swoją bohaterką na wycieczkę w przeszłość. I mimo, że można dość wcześnie domyślić się, jaką tajemnicę nosi w sobie matka Kingi – to zakończenie powieści zaskakuje. Czy mamy happy end? I tak, i nie. Tak, bo Kinga wreszcie rozwiązuje zagadkę przeszłości – a nie, bo w sumie zakończenie pozostaje otwarte. I nie wiadomo do końca, co z wiedzą na temat życia swojej matki zrobi teraz bohaterka.

To, co mnie osobiście w tej powieści urzekło – to sposób, w jaki autorka buduje bohaterów. Możemy się sprzeczać, czy fabuła jest wiarygodna, czy nie – czy takie historie zdarzają się w prawdziwym życiu. Ale bohaterowie są autentyczni i wyraziści. Widać, że autorka tworząc ich, zadbała o każdy szczegół. Aż by się chciało zjeść obiad z ciocią Ocią, pogadać przy herbacie z Johannem i posiedzieć na ławeczce z Maksem… Każdy z bohaterów mówi własnym językiem, za co jestem autorce niezmiernie wdzięczna – nie cierpię powieści, gdzie każdy używa tego samego słownictwa – a ostatnio trafiam głównie na takie. „Niebo pod Śnieżką” przywraca mi wiarę w pisarki. Pani Joanno – dziękuję! I czekając na wieści o kolejnych książkach, będę nadrabiać zaległości i czytać te, których jeszcze nie miałam okazji poznać.

Czy polecam? Zdecydowanie. Nie ma w tej powieści zbędnych słów i ozdobników, nie ma niepotrzebnych bohaterów ani lukrowanych zakończeń. Są prawdziwe emocje wyrazistych bohaterów – czyli to, co jest głównym atutem dobrej powieści obyczajowej. 

Dagmara Andryka „Trąf, trąf, misia, bela”

Recenzja ukazała się na blogu Przegląd Czytelniczy

Pamiętacie „Dziesięciu Murzynków” Agathy Christie? Dziesięć osób, które z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego, zostaje zaproszone przez tajemniczego pana Owena do posiadłości na wyspie. Każde z nich znajduje  w swoim pokoju kartkę z dziecięcym wierszykiem – wyliczanką o dziesięciu Murzynkach, które po kolei giną. W rytmie dziecięcej wyliczanki umierają po kolei również goście Pana Owena a ich śmierć ma być karą za popełnione zbrodnie, których nikt nigdy im nie udowodnił…

Dagmara Andryka wpadła na podobny pomysł. Zbrodnia sprzed lat, za którą nikt nie odpowiedział, dziwna loteria, jak wyliczanka pana Owena, zapowiadająca kolejne śmierci. I grupa ludzi, którzy są tak różni, że z pozoru nic ich dziś nie łączy. Z pozoru, bo trzydzieści lat temu, na obozie sportowym  założyli tajemnicze bractwo, którego więzy, chociaż osłabły, to wciąż łączą ich ze sobą mocno. Bo przecież nie ma trwalszego spoiwa, niż wspólnie popełnione zło… I tak jak u Christie, w powieści Andryki również zaczynają ginąć ludzie. Po kolei, jak w dawnej przepowiedni… Marta Witecka, dziennikarka śledcza zostaje poproszona o rozwikłanie zagadki – kto zabija członków bractwa?

Andryka stara się komplikować fabułę, zaskakiwać zwrotami akcji – i to jest największy plus tej książki. Brawo! Konstrukcyjnie – pierwsza klasa. Cała reszta jest poprawna. Postaci – jak na moje oko charakterystyczne, choć nieco przerysowane, ich życiorysy nie do końca wiarygodne a sama Marta Witecka nie za bardzo miała szansę przebić się przez ten gąszcz postaci i zaistnieć. Mam pewien niedosyt, bo uważam że w postaci Witeckiej jest duży potencjał – ta neurotyczna, smutna dziewczyna jest dobrym materiałem na bohaterkę serii, ale musi jeszcze nabrać trochę „krwi i kości”. Chciałabym poznać motywy, jakie nią kierują, chciałabym dowiedzieć się więcej na temat jej emocji i chyba chciałabym, żeby była trochę bardziej charakterna. Ale dość marudzenia. I tak jest dobrze!

Podsumowując – powieść Andryki czyta się bardzo dobrze. Pochłonęłam w dwa wieczory. Intryga wciąga, nastrój tajemniczości i zagrożenia czuje się niemal cały czas. Autorka prowadzi czytelnika za rękę – raz w przeszłości, raz w teraźniejszości – odkrywając po kawałeczku brudne tajemnice członków bractwa. A na koniec nic nie jest takie, jakim się wydaje…

Czy Dagmara Andryka, konstruując fabułę książki inspirowała się powieścią Christie, czy nie – uważam tę książkę za dobry, poprawnie napisany kryminał. Do mistrzyni gatunku jeszcze autorce trochę brakuje, ale biorąc pod uwagę, że to dopiero jej druga powieść, jestem w stanie wybaczyć wiele. I kibicuję pani Dagmarze, bo z cała pewnością nie pokazała nam jeszcze wszystkich swoich możliwości. Czekam na więcej!

Justyna Gałka

Kati Hiekkapelto „Bezsilni” | Recenzja przedpremierowa

Recenzja ukazała się na blogu Przegląd Czytelniczy

Skandynawski kryminał – taka etykieta jest dziś niemal gwarancją, że książka, którą właśnie mamy w ręku będzie przynajmniej dobra, jeśli nie świetna. Dlatego, kiedy dostałam propozycję zrecenzowania „Bezsilnych” Kati Hiekkapelto, nie wahałam się ani minuty. Jako wielka miłośniczka kryminałów nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę czytać. Czy było warto?

Najpierw kilka słów o fabule – młoda au-pair z Węgier jest podejrzana o przejechanie starszego mężczyzny. Okazuje się jednak, że w chwili wypadku staruszek już nie żył. Dwie nastolatki znajdują w lesie kałużę krwi, która okazuje się być krwią ludzką… Anna Feteke, pochodząca z byłej Jugosławii policjantka prowadzi śledztwo razem ze swoim starszym kolegą – aroganckim, gburowatym i mającym widoczny problem z alkoholem Esko Niemim. Okazuje się, że zarówno wypadek jak i tajemnicza plama krwi na śniegu są powiązane ze sprawą gangów narkotykowych, nad którą pracuje Esko.

Jest zatem trup, jest tajemnicza plama ludzkiej krwi na śniegu, jest wojna gangów i handel narkotykami. Niby wszystko tak, jak to bywa w powieściach sensacyjno-kryminalnych. Ale to tylko pierwsza warstwa znaczeniowa. Sięgając głębiej spotykamy się z problemem przymusowej emigracji, poczucia wyobcowania i swoistej bezpaństwowości. Policjantka Anna Feteke jako dziecko wyjechała z byłej Jugosławii, na fali emigracji w czasie wojny bałkańskiej. Po wojnie jej ojczyzna przestaje istnieć. Dziś sama nie wie, kim jest – Serbką? Węgierką? A może już Finką? Rozpaczliwie chce wrócić do domu, ale tak naprawdę nie wie, dokąd. Z kolei Sammy, młody, uzależniony od narkotyków Pakistańczyk zrobi wszystko, aby nie musieć wracać do swojej ojczyzny. Boi się tego, co może go tam spotkać – śmierć, palarnie opium, życie w nędzy na ulicy. Ale bardziej niż tego wszystkiego boi się stanąć twarzą w twarz z demonami przeszłości…

Autorka kreśli w powieści bardzo silne tło społeczne. Emigracja i konflikty na tle rasowym czy narodowym to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Ważniejsze jest spustoszenie uczuciowe, jakiego doświadczają bohaterowie – Anna zmaga się z samotnością i tęsknotą za krajem, który już nie istnieje. Nie potrafi nawiązać bliskiej relacji z mężczyznami, nie umie pomóc bratu, który jest alkoholikiem. Nawet, kiedy umiera jej ukochana babcia – nie umie płakać. Sammy chciałby zerwać z nałogiem, uczyć się, pracować, prowadzić normalne życie. Ale nie potrafi. Jest za słaby wobec uzależnienia. Esko też nie umie stawić czoła swoim demonom – nigdy nie pogodził się z tym, że jego małżeństwo się  rozpadło. Wszyscy próbują układać swoje życie w ramach pewnego planu, chcą mieć wpływ na swoje losy. Jednak życie przewrotnie i skutecznie te plany niweczy… I pokazuje, że tak naprawdę wobec życia i wobec samych siebie jesteśmy bezsilni.

Odpowiadając na pytanie – czy było warto – jak najbardziej. Znalazłam co prawda w tej książce niekoniecznie to, czego się spodziewałam. Wątek kryminalny wydaje się być tu bardziej pretekstem do pokazania skomplikowanego świata uczuć i emocji bohaterów, niż główną osią powieści. Mamy wrażenie, że od początku wiemy kto i dlaczego popełnił zbrodnię, jednak na koniec okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Nie zdradzę nic więcej – powiem jedynie, że zakończenie zaskakuje. Jeśli chcecie wiedzieć więcej – sięgnijcie po „Bezsilnych” Kati Hiekkapelto. Zdecydowanie polecam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Riniger Axel Springer.