„Prokurator” Paulina Świst

„Prokurator”
Paulina Świst
Wyd. Muza, 2017

„Prokurator” Pauliny Świst to jeden z najgorętszych debiutów tego lata. Dawno już żadna książka mnie tak nie zaskoczyła. Pozytywnie. Zaskoczenie jest tym większe, że powieść ta jest debiutem ukrywającej się pod pseudonimem autorki.

– Poleć mi jakiś kryminał, ale taki, żeby było dużo przemocy i seksu – zagadał do mnie na facebooku znajomy.  Gdybym wówczas znała „Prokuratora” – bez wahania wskazałabym mu właśnie tę książkę. Przemocy może nie ma tu zbyt wiele, za to seks i owszem. Czy dużo?  To zależy. Jak na kryminał czy powieść obyczajową – dużo. Jak na erotyk – niewiele. Jak dla mnie –  w sam raz. Autorka nie bawi się w ogólniki i eufemizmy – seks jest seksem a instynkt – instynktem. Pomimo, że scenom erotycznym daleko do pruderii, udało się autorce nie przekroczyć granicy dobrego smaku. Zdaję sobie sprawę, że wielu czytelnikom może przeszkadzać wulgarne  słownictwo – to nie jest grzeczna książka… Jednak użycie takiej ilości wulgaryzmów uważam w tym przypadku za uzasadnione.  Brutalny  język, jakim posługują się główni bohaterowie dodaje powieści  realizmu i autentyczności. Tak, ludzie też w taki sposób rozmawiają! I to nie tylko przestępcy ale również prawnicy.

Bohaterami powieści są Kinga i Łukasz. Spotykają się w klubie, zaliczają szybki numerek, po którym mają się już nigdy nie zobaczyć. Pech jednak chce, że się spotykają – i to w dość niecodziennych okolicznościach, na sali sądowej. Ona jest obrońcą a on – prokuratorem. Stają po przeciwnych stronach barykady. Jak się jednak okazuje – nie na długo. Akcja pełna jest zaskakujących zwrotów, tu nie ma miejsca na nudę. Fabuła toczy się wartko,  jak w dobrym filmie sensacyjnym. Wątek romansowy biegnie dokładnie w takim samym tempie. Nie ma tu ckliwych scen miłości – jest chemia, która pcha bohaterów ku sobie. Wielbicielki romantycznego przedstawienia związków między dwojgiem ludzi będą zawiedzione – a nawet mogą poczuć się zniesmaczone. Tu nie ma romantycznych uniesień – tu jest chuć i pierwotne instynkty.

Wątek kryminalny nie jest w powieści  mistrzostwem świata – ale chyba nie miał być. Jest on tłem do pokazania tego pełnego temperamentu romansu. Dlatego jeśli liczycie na kryminał – wybierzcie  inną książkę. Jeśli zaś chcecie przeczytać wartką, wciągającą powieść  z wątkiem erotycznym  i nie przeszkadzają wam wulgaryzmy – polecam „Prokuratora”. Na pewno się nie zawiedziecie.

Co się dzieje w polskiej grozie – o Nagrodzie Grabińskiego rozmawiam z Krzysztofem „Korsarzem” Bilińskim

Czy Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego ma ambicję być drugim „Zajdlem”? Dlaczego i po co powstała? Co się dzieje z grozą na polskim rynku wydawniczym – o tym wszystkim i kilku innych sprawach rozmawiam z jednym z jej organizatorów, Krzysztofem „Korsarzem” Bilińskim, redaktorem audycji i portalu „Misterium Grozy”.

 

Justyna Gałka: Czym jest nagroda Grabińskiego? Skąd się wzięła i kto za to całe zamieszanie odpowiada?

Krzysztof „Korsarz” Biliński: Idea Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego narodziła się w 2013 roku i w zasadzie powstała z kilku powodów. Jej twórcami byli autorzy Stefan Darda, Kazimierz Kyrcz Jr oraz Michał Gacek. Niedługo później dołączył do nich Michał Stonawski, który wspólnie ze Stefanem podjął się prac nad organizacją całości. Nie obyło się bez pomocy wielu innych osób, spośród których należy wspomnieć Magdalenę Paluch (koordynatorkę, pomysłodawczynię i organizatorkę Krakowskiego Festiwalu Grozy KFASON), która stworzyła możliwości zorganizowania gali wręczenia nagród oraz Franciszka Zglińskiego, który zaprojektował statuetkę. Oczywiście, osób zaangażowanych w tworzenie Nagrody było dużo więcej, ale trudno wszystkich wymienić w jednym wywiadzie. Chyba że miałby to być wywiad rzeka (śmiech). Osobiście zaangażowałem się w prace nad Nagrodą od jej drugiej edycji, dlatego mogę mówić o idei jej powstania na podstawie tego, o czym mówili ci, którzy byli zaangażowani wówczas w projekt. Nagroda powstała ze względu na coraz większą popularność horroru w Polsce, choć nie była pierwszą taką inicjatywą (przed nią była np. nagroda plebiscytowa Złotego Kościeja, przyznawana przez portal „Kostnica”). Miała jednak na celu ujęcie całościowe tego, co w Polsce w tym gatunku się ukazuje, jak i przede wszystkim jego popularyzację. Miała też zwrócić uwagę na to, że horror, mimo tego, że jest we współczesnej literaturze jeszcze niszowym gatunkiem, wcale nie ogranicza się do schematycznych i mało ambitnych treści fabularnych, ale niesie ze sobą często dużo bardziej wartościowy przekaz społeczny, psychologiczny, filozoficzny a tym samym wysokie wartości literackie. W obecnej, całkiem nowej edycji Nagrody położyliśmy nacisk właśnie na to, aby wyłonić spośród książek wydanych w 2016 roku takie, które spełniają wysokie wymagania czytelnicze.

Justyna: Po co nam kolejna nagroda – czy “Grabiński” ma ambicje, aby stać się “Zajdlem” polskiej grozy?

„Korsarz”: Nagroda Grabińskiego od początku nie miała być tylko „kolejną nagrodą”, ani też nie miała ambicji być „Zajdlem” (śmiech). Jednocześnie muszę powiedzieć, że przez ten – nota bene – krótki czas, Nagroda Grabińskiego mocno ewoluowała, tym samym dążąc do własnej formuły. Obecnie bliżej nam do Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego niż do Nagrody Zajdla, ale tylko częściowo. Jak już powiedziałem, Nagroda Grabińskiego nie jest kolejną nagrodą. Owszem, pojawiło się obecnie kilka nagród literackich, jeśli jednak zwrócimy uwagę na większość z nich, są to nagrody plebiscytowe (również „Zajdel”). Tak naprawdę takie nagrody nie są do końca odbiciem wartości literackich utworów o danej tematyce. Raczej będą odzwierciedleniem gustów czytelniczych, lub – co gorsza – zaplecza sympatyków i znajomych autora. Im większe takie zaplecze, tym większa szansa na wygraną. Przede wszystkim tego chcemy uniknąć w naszym przypadku. O ile utworów np., ogólnie ujmując, fantastycznych są setki, o tyle horrorów nie jest jeszcze tak dużo. W ubiegłym roku w Polsce ukazało się 15 autorskich książek grozy. Jest to ilość do ogarnięcia. Dlatego w przypadku nowej edycji Grabińskiego staraliśmy się o zapanowanie nad internetową formą głosowania za pomocą zaawansowanego systemu elektronicznego, w którym nie jest tak łatwo „nabijać sobie głosy”. Czytelnicy wybierają swoje ulubione książki, ale ich wybór i tak zostanie zweryfikowany później przez Jury, złożone z niezależnych akademickich ekspertów, którzy ocenią literackie walory nominowanych utworów. Nominacje do etapu głosowania Jury wybiera również Komisja, która znakomicie orientuje się w tym, co dzieje się na polskim rynku grozy.

Justyna: Jak przebiega proces nominacji ? Kto może zgłaszać utwory do nagrody?

„Korsarz” Do głosowania dopuszczona może zostać książka wydana w roku poprzedzającym edycję nagrody, napisana przez polskiego autora, posiadająca numer ISBN oraz mieszcząca się w kategorii literatury grozy. Proces nominacji przebiega mniej więcej właśnie tak, jak powiedziałem wcześniej. Etap głosowania nie jest automatycznie nominacją. Jeśli chodzi o książki umieszczone na liście do głosowania, to sprawę tę na ten czas ogarnia Komisja i tak naprawdę sami fani literatury grozy, którzy na facebookowej grupie umieścili na bieżąco aktualizowany plik, w którym zbierane są takie informacje. Jak więc widać, środowisko fanów horroru jest zorganizowane wewnętrznie lepiej niż niejedno inne w Polsce (śmiech).

Justyna: W ubiegłym roku Nagroda nie została przyznana – co się stało?

„Korsarz” W ubiegłym roku organizatorów pokonały problemy techniczne. Zadecydowaliśmy więc, że lepiej przygotować Nagrodę od nowa, niż dopuścić, aby zostało to zrobione w sposób nieprofesjonalny.

Justyna: Jak jest w tym roku? Kto został nominowany? Z jakiego klucza? Do kiedy i jak można głosować?

„Korsarz”: W chwili obecnej jeszcze nie ma nominacji, jak wspomniałem. Zostaną one ogłoszone po 9 lipca br., czyli po zakończeniu Plebiscytu Czytelników oraz głosowania Komisji Organizacyjnej. Właśnie do tego terminu można oddawać głosy na swoje ulubione książki za pomocą formularza na stronie Nagrody (www.nagrodagrabinskiego.pl). Klucz wygląda następująco. Z Plebiscytu Czytelników do etapu Jury wchodzą dwie książki, które uzyskały najwyższą liczbę głosów. Dodatkowo zwycięzca Plebiscytu otrzyma wyróżnienie czytelników (nie mylić z właściwą Nagrodą). Komisja organizacyjna zgłasza trzy kolejne książki. Docelowo do Jury trafi 5 książek. Może ich być mniej, bo regulamin mówi o tym, że jeśli głosy czytelników i głosy Komisji pokryją się, to nominowanych może być mniej książek. Głosowania czytelników i komisji pokrywają się czasowo, dlatego nie ma możliwości dodania jakiegoś utworu po terminie. Później Jury ma czas na swoją pracę, czyli przeczytanie nominowanych książek oraz punktową ocenę tychże. Ocena jednak musi zostać poparta recenzją, której treść będzie upubliczniona, zatem juror nie może pozwolić sobie na ocenę nieprzeczytanej książki.

Justyna: Co się dzieje w polskiej grozie – jak oceniasz to, co ukazuje się na naszym rynku wydawniczym? Czy było z czego wybierać jeśli chodzi o nominacje do nagrody?

„Korsarz”: Jak wspomniałem wcześniej, książek autorskich, których dotyczy nagroda, jest może niewiele, jednak nie odzwierciedla to całości rynku polskiej grozy. Jest on zdecydowanie bardziej rozległy i zainteresowanie horrorem w Polsce coraz szersze. Jest naprawdę sporo portali i blogów, gdzie horror zajmuje najważniejsze miejsce, jak choćby Carpe Noctem, Okiem na Horror, Grozownia, Kostnica, Bramy Grozy, Horror On-line, Lubię Grozę, Wielki Buk, Pożeracz Światów, Alicya w Krainie Słów i wiele innych. Do tego czasopisma, zarówno drukowane jak przede wszystkim „OkoLica Strachu”, czy „Brama”, jak i internetowe: „Grabarz Polski”, „Magazyn Histeria”, „Creatio Fantastica”. Sporo mamy audycji podcastowych, co jest odzwierciedleniem naszych czasów, jak np. zrzeszone podcasty w „Konglomeracie Podcastowym”, czy też „Gorektyw” a także moje „Misterium Grozy”. Mamy również konferencje naukowe poświęcone tej tematyce, jak przede wszystkim „Światy Grozy” i inne, w których pojawiają się tematy  związane z literaturą grozy organizowane przez Ośrodek Badawczy Facta Ficta czy Stowarzyszenie Badaczy Popkultury Trickster. Coraz większa liczba wydawców również sięga  po horror i nareszcie nie ukrywa go pod zastępczymi nazwami, tylko mówi wprost, czym jest dana książka. I wcale jej to nie ujmuje, a wręcz przeciwnie – wzbudza ciekawość czytelników. I na koniec, najważniejsze – oczywiście, jest z czego wybierać. Muszę przyznać, że nawet wybór owych pięciu nominacji stanowi dla mnie osobiście spory problem. Głosowania czytelników i Komisji na pewno nie obejmą wszystkich ważnych książek grozy wydanych w poprzednim roku, mimo ich nieznacznej stosunkowo ilości. Nie mówiąc już o antologiach. Oczywiście nie jest tak świetnie, że każda książka grozy na polskim rynku jest bardzo dobra. Jednak w stosunku procentowym do pozostałych gatunków z pogranicza fantastyki, uważam, że jest nieźle. Zdarzają się słabsze pozycje, jak wszędzie, ale na rynku literatury grozy mamy specyficzną sytuację. Tutaj środowisko jest bardzo skondensowane. Grupy na Facebooku przyciągają ludzi, którzy wyszukują oryginalnych i ciekawych autorów, mocno komentują wydawane pozycje. W ten sposób można wiele dowiedzieć się o każdej niemalże książce i usłyszeć głosy z wielu stron, bo bywają zwolennicy i przeciwnicy pewnych konwencji horroru. Ogólnie uważam, że w literaturze grozy ukazuje się coraz więcej świetnych pozycji i gatunek ten przyciąga coraz lepszych autorów. Już w tym roku przeczytałem kilka książek, które są dla mnie faworytami do przyszłorocznej nagrody (śmiech).

Justyna:  Jak prognozujesz – albo raczej – jak widzisz przyszłość Nagrody Grabińskiego?

„Korsarz”: Nie lubię prognozować. Skoro nie da się przewidzieć precyzyjnie pogody za pomocą naukowych narzędzi, tym trudniej mi jest prognozować przyszłość Nagrody, w której najważniejszy jest czynnik ludzki, a ten jest nieprzewidywalny (śmiech). Mam tylko nadzieję, że obecna edycja Nagrody będzie na tyle interesująca dla uczestników, że zaakceptują jej formę i zadowoli ich przeprowadzenie całości w sposób profesjonalny, do czego przykładamy dużą uwagę. Liczę również na zauważenie tego faktu przez szersze media. Najważniejszym będzie, abyśmy również my sami, jako organizatorzy Nagrody, potrafili tak znakomicie współpracować, jak miało to miejsce do tej pory. Chyba pierwszy raz pracowałem w tak profesjonalnych warunkach, wśród osób, które zwracały uwagę na najdrobniejsze szczegóły, co uważam za najważniejsze. Prawidłowe przeprowadzenie wszystkich etapów tegorocznej edycji będzie punktem wyjścia do tego, aby w przyszłym roku pójść krok dalej. W jakim kierunku? Pozwolę sobie na razie zachować w tajemnicy, bowiem są to świetne, ale nie sprecyzowane pomysły. Przyjęliśmy jedną zasadę – zrobić  profesjonalnieto, na co nas stać obecnie, a plany i marzenia zrealizujemy z czasem. Jeśli zyskamy wsparcie fanów literatury grozy jak i mediów, będzie to  łatwiejsze.

Justyna: Czego życzyć wam – twórcom tego całego zamieszania?

„Korsarz”: Po prostu chyba powodzenia i wsparcia ze strony innych, bo o to jest bardzo ciężko, jak zdążyłem zauważyć w czasie prac nad Nagrodą. Jeśli chodzi o wsparcie ze strony fanów horroru to na razie jest naprawdę dobrze. Zaskoczył nas samych wynik pierwszych kilku dni głosowania, który pokazał, że czytelnicy zaakceptowali nasz regulamin i poważnie podeszli do głosowania.

Justyna: Zatem powodzenia i wsparcia przy organizacji tej i kolejnych edycji. Dziękuję za rozmowę.

 

Jak zostac pisarzem i żyć z pisania

Jakie jest największe i najczęściej powtarzanie marzenie osób, które piszą lub chcą pisać książki? Żyć z pisania. Rzucić w cholerę ten swój znienawidzony etat i utrzymywać się z tantiem za wydane książki. Nie musieć przejmować się rachunkami, mieć święty spokój – i pisać, pisać, pisać…

Jeśli należysz do tej grupy – a zakładam, że tak, i że czytasz ten tekst, bo kiedyś podobna myśl przyszła ci do głowy – musisz przede wszystkim sobie uświadomić, że jeśli chcesz żyć z pisania – musisz myśleć jak przedsiębiorca. To może zabrzmieć mało romantycznie ale musisz wiedzieć, że twoja książka to produkt, który dostarczasz swoim klientom – czytelnikom. Niezależnie od tego, czy wydajesz  książki w wydawnictwie, czy jesteś zwolennikiem self-publishingu – musisz myśleć jak przedsiębiorca.

Zarabianie na pisaniu jest OK!

Na początek – uświadom sobie swój cel. Co chcesz osiągnąć? Na czym ci zależy? Być może jest to wydanie książki tylko po to, żeby móc pochwalić sie przed znajomymi, że można ją kupić w Empiku. Być może twoim celem jest sprawdzenie sie w roli autora – sprawdzenie, czy potrafisz napisać książkę i doprowadzić do jej wydania. Być może pisanie ma dla ciebie jedynie funkcję terapeutyczną i ma pomóc ci w uporaniu się z jakąś sytuacją. A może liczysz na to, że twoja książka pomoże innym w rozwiązaniu jakichś problemów czy dostarczy im rozrywki i nie liczysz na zyski z jej sprzedaży. Ale możesz być autorem, który chce zarabiać na pisaniu i żyć ze swojej twórczości. Jeśli twoim celem jest zarabianie na książkach – wiedz, że to jest ok. Że nie ma nic złego w tym, że ktoś ma ochotę zarabiać na tym, co tworzy. Zaspokajasz pewną potrzebę czytelników – nieważne, czy twoja książka to poradnik biznesowy, czy proza gatunkowa. Dlaczego więc miałbyś dawać ludziom tę wartość – a przy okazji czas i swoje umiejętności – za darmo? Chyba, że chcesz – to w porządku, masz pełne prawo. Ale jeśli chcesz być pisarzem i żyć z pisania – pamiętaj, że to też jest w porządku.

Konsekwencja jest najważniejsza

Co łączy Katarzynę Bondę, Stephena Kinga, Remigiusza Mroza i wielu, wielu innych pisarzy, którzy odnieśli sukces na tym niełatwym polu, jakim jest rynek wydawniczy? Upór i konsekwencja. Po pierwsze musisz podjąć decyzję dotyczącą priorytetów – chcesz żyć z pisania? Postaw je na pierwszym miejscu. Nie, nie radzę ci teraz być rzucił etat i wyjechał w Bieszczady, żeby pisać (choć przyznaję, kusząca to perspektywa). Ale postaw sobie cel i realizuj go, bądź wobec siebie bezlitosny, zero tolerancji na wymówki. Pisz, konsekwentnie i wytrwale. Zweryfikuj swój produkt – zamów profesjonalną recenzję swojej powieści, zleć jej redakcję, popraw ewentualne błędy. Wysyłaj swoją książkę do wydawców, nie zrażaj się pierwszą odmową – drugą, trzecią czy jedenastą też się nie zrażaj. Próbuj i się nie poddawaj. Katarzyna Bonda  dała sobie dwa lata na to, aby odnieść sukces. Byla taki czas, że sprzedawała swoje ubrania i buty, zastawiała meble, żeby mieć na życie, pożyczała pieniądze, zaciągała długi  – ale była uparta i konsekwentnie dążyła do celu.  Wielokrotnie miała podczas tych dwóch lat momenty zwątpienia, wiele razy słyszała – idź do normalnej pracy, po co ci to pisanie – ale nie wróciła i dziś każda jej książka sprzedaje się na długo przed tym, jak zostanie wydana.  A Bonda to już nie tylko nazwisko- to marka.

Lekko nie będzie

Trawa po drugiej stronie mury jest zawsze bardziej zielona – to bardzo trafne powiedzenie. Znam wiele osób, które chciałyby pisać i zarabiać w ten sposób na życie, grzejąc przy okazji swoje ego w cieple uznania czytelników. Ale niewiele z nich ma jakiekolwiek pojęcie z czym takie życie się wiąże.  Że jak się podpisze kontrakt z wydawcą – to trzeba pisać i oddać tekst w terminie, nieważne czy mamy wenę czy nie. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że trzeba aktywnie budować swój wizerunek – w sieci, w mediach, na spotkaniach z czytelnikami, co pochłania mnóstwo czasu. Że należy wystawić się na widok publiczny i poddać krytyce, która czasami jest kompletnie niezasłużona i cholernie boli. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że to wspaniałe, romantyczne zajęcie,  jakim jest pisanie, to tak naprawdę żmudna i – wciąż niestety najczęściej – słabo płatna praca.  A jeśli chcemy się mu poświęcić w całości  – nie mamy żadnej gwarancji, że nam się uda. Pamiętajmy też, że rynek wydawniczy to biznes, jak każdy inny. To miejsce, gdzie mamy do czynienia z konkurencją – czasami dość drapieżną. Tu  często nie liczą się przyjaźnie – tu liczy się biznes. Po drodze może spotkać Cię wiele personalnych rozczarowań – jesteś na to gotowy?

Jeśli tak – to mam dla Ciebie radę, najlepszą i najczęściej udzielaną przez pisarzy – chcesz być pisarzem? To pisz!

 

„Niebo pod Śnieżką” Joanna Sykat

“Niebo pod Śnieżką”
Joanna Sykat
wyd. Replika, 2017

Tu kupisz książkę z 25% rabatem

Sięgając po tę książkę miałam nadzieję na przyjemną opowieść, dobrze napisaną i niejednoznaczną. Nie zawiodłam się  – “Niebo pod Śnieżką” to świetnie napisana powieść obyczajowa. Mamy tu wyrazistych bohaterów, tajemnicę z przeszłości i miłość, która okazuje się silniejsza niż upływający czas.

Kinga, bohaterka “Nieba pod Śnieżką” ma prawie czterdzieści lat, za sobą kilka trudnych doświadczeń – zakończone rozwodem małżeństwo, śmierć ojca i mamę w szpitalu dla nerwowo chorych. Matkę, z którą łączy ją dość trudna relacja. Kinga nie ma pojęcia, że ta kategoryczna, pozbawiona radości życia kobieta była kiedyś szczęśliwa i potrafiła cieszyć się życiem. Do czasu, kiedy wśród rodzinnych pamiątek odkrywa stare zdjęcie, na którym jej matka promienieje szczęściem. Co stało się później, że ta radosna dziewczyna ze zdjęcia stała się zgorzkniałą kobietą. Dlaczego przez całe życie nienawidziła fiołków, obsesyjnie pozbywając się ich z otoczenia? Przecież na zdjęciu ma na sobie bluzkę z fiołkiem. Kinga postanawia rozwikłać tajemnicę z przeszłości i zaczyna prywatne śledztwo. Ślady prowadzą ją do Kowar, małego miasteczka u stóp Karkonoszy. Okazuje się, że kiedyś już tutaj była…

Lubię, kiedy pisarz używa słów zgodnie z przeznaczeniem, nie nadużywając ich i nie dając im zdominować treści. Sykat to potrafi. Tu nie ma zbędnych opisów, tu nie ma karkołomnych konstrukcji zdaniowych – jest prosto, przejrzyście i ze smakiem.

Autorka nie szczędzi nam w powieści emocji. Umiejętnie prowadzi wątek fabularny, prowadząc nas razem ze swoją bohaterką na wycieczkę w przeszłość. I mimo, że można dość wcześnie domyślić się, jaką tajemnicę nosi w sobie matka Kingi – to zakończenie powieści zaskakuje. Czy mamy happy end? I tak, i nie. Tak, bo Kinga wreszcie rozwiązuje zagadkę przeszłości – a nie, bo w sumie zakończenie pozostaje otwarte. I nie wiadomo do końca, co z wiedzą na temat życia swojej matki zrobi teraz bohaterka.

To, co mnie osobiście w tej powieści urzekło – to sposób, w jaki autorka buduje bohaterów. Możemy się sprzeczać, czy fabuła jest wiarygodna, czy nie – czy takie historie zdarzają się w prawdziwym życiu. Ale bohaterowie są autentyczni i wyraziści. Widać, że autorka tworząc ich, zadbała o każdy szczegół. Aż by się chciało zjeść obiad z ciocią Ocią, pogadać przy herbacie z Johannem i posiedzieć na ławeczce z Maksem… Każdy z bohaterów mówi własnym językiem, za co jestem autorce niezmiernie wdzięczna – nie cierpię powieści, gdzie każdy używa tego samego słownictwa – a ostatnio trafiam głównie na takie. „Niebo pod Śnieżką” przywraca mi wiarę w pisarki. Pani Joanno – dziękuję! I czekając na wieści o kolejnych książkach, będę nadrabiać zaległości i czytać te, których jeszcze nie miałam okazji poznać.

Czy polecam? Zdecydowanie. Nie ma w tej powieści zbędnych słów i ozdobników, nie ma niepotrzebnych bohaterów ani lukrowanych zakończeń. Są prawdziwe emocje wyrazistych bohaterów – czyli to, co jest głównym atutem dobrej powieści obyczajowej. 

Dagmara Andryka „Trąf, trąf, misia, bela”

Recenzja ukazała się na blogu Przegląd Czytelniczy

Pamiętacie „Dziesięciu Murzynków” Agathy Christie? Dziesięć osób, które z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego, zostaje zaproszone przez tajemniczego pana Owena do posiadłości na wyspie. Każde z nich znajduje  w swoim pokoju kartkę z dziecięcym wierszykiem – wyliczanką o dziesięciu Murzynkach, które po kolei giną. W rytmie dziecięcej wyliczanki umierają po kolei również goście Pana Owena a ich śmierć ma być karą za popełnione zbrodnie, których nikt nigdy im nie udowodnił…

Dagmara Andryka wpadła na podobny pomysł. Zbrodnia sprzed lat, za którą nikt nie odpowiedział, dziwna loteria, jak wyliczanka pana Owena, zapowiadająca kolejne śmierci. I grupa ludzi, którzy są tak różni, że z pozoru nic ich dziś nie łączy. Z pozoru, bo trzydzieści lat temu, na obozie sportowym  założyli tajemnicze bractwo, którego więzy, chociaż osłabły, to wciąż łączą ich ze sobą mocno. Bo przecież nie ma trwalszego spoiwa, niż wspólnie popełnione zło… I tak jak u Christie, w powieści Andryki również zaczynają ginąć ludzie. Po kolei, jak w dawnej przepowiedni… Marta Witecka, dziennikarka śledcza zostaje poproszona o rozwikłanie zagadki – kto zabija członków bractwa?

Andryka stara się komplikować fabułę, zaskakiwać zwrotami akcji – i to jest największy plus tej książki. Brawo! Konstrukcyjnie – pierwsza klasa. Cała reszta jest poprawna. Postaci – jak na moje oko charakterystyczne, choć nieco przerysowane, ich życiorysy nie do końca wiarygodne a sama Marta Witecka nie za bardzo miała szansę przebić się przez ten gąszcz postaci i zaistnieć. Mam pewien niedosyt, bo uważam że w postaci Witeckiej jest duży potencjał – ta neurotyczna, smutna dziewczyna jest dobrym materiałem na bohaterkę serii, ale musi jeszcze nabrać trochę „krwi i kości”. Chciałabym poznać motywy, jakie nią kierują, chciałabym dowiedzieć się więcej na temat jej emocji i chyba chciałabym, żeby była trochę bardziej charakterna. Ale dość marudzenia. I tak jest dobrze!

Podsumowując – powieść Andryki czyta się bardzo dobrze. Pochłonęłam w dwa wieczory. Intryga wciąga, nastrój tajemniczości i zagrożenia czuje się niemal cały czas. Autorka prowadzi czytelnika za rękę – raz w przeszłości, raz w teraźniejszości – odkrywając po kawałeczku brudne tajemnice członków bractwa. A na koniec nic nie jest takie, jakim się wydaje…

Czy Dagmara Andryka, konstruując fabułę książki inspirowała się powieścią Christie, czy nie – uważam tę książkę za dobry, poprawnie napisany kryminał. Do mistrzyni gatunku jeszcze autorce trochę brakuje, ale biorąc pod uwagę, że to dopiero jej druga powieść, jestem w stanie wybaczyć wiele. I kibicuję pani Dagmarze, bo z cała pewnością nie pokazała nam jeszcze wszystkich swoich możliwości. Czekam na więcej!

Justyna Gałka

Kati Hiekkapelto „Bezsilni” | Recenzja przedpremierowa

Recenzja ukazała się na blogu Przegląd Czytelniczy

Skandynawski kryminał – taka etykieta jest dziś niemal gwarancją, że książka, którą właśnie mamy w ręku będzie przynajmniej dobra, jeśli nie świetna. Dlatego, kiedy dostałam propozycję zrecenzowania „Bezsilnych” Kati Hiekkapelto, nie wahałam się ani minuty. Jako wielka miłośniczka kryminałów nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę czytać. Czy było warto?

Najpierw kilka słów o fabule – młoda au-pair z Węgier jest podejrzana o przejechanie starszego mężczyzny. Okazuje się jednak, że w chwili wypadku staruszek już nie żył. Dwie nastolatki znajdują w lesie kałużę krwi, która okazuje się być krwią ludzką… Anna Feteke, pochodząca z byłej Jugosławii policjantka prowadzi śledztwo razem ze swoim starszym kolegą – aroganckim, gburowatym i mającym widoczny problem z alkoholem Esko Niemim. Okazuje się, że zarówno wypadek jak i tajemnicza plama krwi na śniegu są powiązane ze sprawą gangów narkotykowych, nad którą pracuje Esko.

Jest zatem trup, jest tajemnicza plama ludzkiej krwi na śniegu, jest wojna gangów i handel narkotykami. Niby wszystko tak, jak to bywa w powieściach sensacyjno-kryminalnych. Ale to tylko pierwsza warstwa znaczeniowa. Sięgając głębiej spotykamy się z problemem przymusowej emigracji, poczucia wyobcowania i swoistej bezpaństwowości. Policjantka Anna Feteke jako dziecko wyjechała z byłej Jugosławii, na fali emigracji w czasie wojny bałkańskiej. Po wojnie jej ojczyzna przestaje istnieć. Dziś sama nie wie, kim jest – Serbką? Węgierką? A może już Finką? Rozpaczliwie chce wrócić do domu, ale tak naprawdę nie wie, dokąd. Z kolei Sammy, młody, uzależniony od narkotyków Pakistańczyk zrobi wszystko, aby nie musieć wracać do swojej ojczyzny. Boi się tego, co może go tam spotkać – śmierć, palarnie opium, życie w nędzy na ulicy. Ale bardziej niż tego wszystkiego boi się stanąć twarzą w twarz z demonami przeszłości…

Autorka kreśli w powieści bardzo silne tło społeczne. Emigracja i konflikty na tle rasowym czy narodowym to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Ważniejsze jest spustoszenie uczuciowe, jakiego doświadczają bohaterowie – Anna zmaga się z samotnością i tęsknotą za krajem, który już nie istnieje. Nie potrafi nawiązać bliskiej relacji z mężczyznami, nie umie pomóc bratu, który jest alkoholikiem. Nawet, kiedy umiera jej ukochana babcia – nie umie płakać. Sammy chciałby zerwać z nałogiem, uczyć się, pracować, prowadzić normalne życie. Ale nie potrafi. Jest za słaby wobec uzależnienia. Esko też nie umie stawić czoła swoim demonom – nigdy nie pogodził się z tym, że jego małżeństwo się  rozpadło. Wszyscy próbują układać swoje życie w ramach pewnego planu, chcą mieć wpływ na swoje losy. Jednak życie przewrotnie i skutecznie te plany niweczy… I pokazuje, że tak naprawdę wobec życia i wobec samych siebie jesteśmy bezsilni.

Odpowiadając na pytanie – czy było warto – jak najbardziej. Znalazłam co prawda w tej książce niekoniecznie to, czego się spodziewałam. Wątek kryminalny wydaje się być tu bardziej pretekstem do pokazania skomplikowanego świata uczuć i emocji bohaterów, niż główną osią powieści. Mamy wrażenie, że od początku wiemy kto i dlaczego popełnił zbrodnię, jednak na koniec okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Nie zdradzę nic więcej – powiem jedynie, że zakończenie zaskakuje. Jeśli chcecie wiedzieć więcej – sięgnijcie po „Bezsilnych” Kati Hiekkapelto. Zdecydowanie polecam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Riniger Axel Springer.